|
|
|
Przegrana 0:5 na inaugurację ligowych zmagań to najniższa kara, jaką zapłacili piłkarze Sandecji za swą doprowadzającą kibiców do szewskiej pasji nieudolność. Gdyby nie świetnie interweniujący w kilku przypadkach Marcin Cabaj, sądeczanie ponieśliby cięższą porażkę
Tuż po meczu trener biało-czarnych Jarosław Araszkiewicz sprawiał wrażenie człowieka, któremu świat runął na głowę. W poniedziałek nabrał nieco dystansu do sobotniej katastrofy.
- Kiedy pierwszy raz obejmowałem jako trener Sandecję, też na "dzień dobry" przegrałem u siebie z Naprzodem Jędrzejów - przypomina popularny "Araś". - Ale wówczas było 0:1, a nie 0:5. Przyznam, że takiego pogromu nie brałem pod uwagę. Myślę, że na boisko wybiegł optymalny skład. Tymczasem na ławce Zawiszy siedzieli piłkarze, którzy mieliby pewne miejsca w niejednym klubie z ekstraklasy. Personalnie nie wytrzymywaliśmy więc porównania. Gdybyśmy jednak, szczególnie w obronie, zagrali odrobinę rozsądniej, pewnie uniknęlibyśmy kompromitacji. |
|
Tragiczne pomyłki indywidualne przytrafiały sie obrońcom. W trzech przypadkach właściwie sami sprokurowali gole dla rywali. Kto nauczył młodego przecież Kamila Szymurę wdawania się w dryblingi z przeciwnikiem tuż przed własną bramką? Gdzie doświadczony Mateusz Kowalski nauczył się niepotrzebnie faulować napastnika, gdy ten właściwie wybiegał już z "szesnastki"? Co się stało z refleksem rutyniarza Petera Petrana, główkującego do własnej siatki? Podobne pytania można by stawiać w nieskończoność. W oczy aż kłuł przy tym brak zgrania ekipy gospodarzy.
- Kiedy miałem cementować drużynę, jeśli kwity na grę w Sandecji niektórych graczy dotarły dopiero w środę? - zastanawia się szkoleniowiec. - Nie chcę szukać tanich usprawiedliwień, nie nazwę też tej klęski wypadkiem przy pracy, ale jest takie stare powiedzenie: tak krawiec kraje, jak mu materii staje. W zespole brakuje mi defensywnego pomocnika, gracza, który byłby łącznikiem między obroną i atakiem. W meczu z Zawiszą zaledwie kilkakrotnie zagroziliśmy jego bramce. Innymi słowy, przeprowadzone ostatnio transfery okazały się niewystarczające. Do wzięcia było kilku wartościowych piłkarzy, w klubie jednak zabrakło na nich pieniędzy.
Tezę Araszkiewicza potwierdza prezes Sandecji Andrzej Danek.
- Klubu nie stać na drogie zakupy - mówi. - Dokonaliśmy tylko tych najniezbędniejszych. Trener będzie więc musiał sobie radzić z materiałem, który ma już do dyspozycji. Wysoka porażka oczywiście niepokoi, ale nie rozdzierajmy szat, sezon dopiero się rozpoczyna.
Pogrom z bydgoszczanami nie wróży jednak dobrze przed czekającymi Sandecję kolejnymi meczami.
- Przed nami wyjazd do Niecieczy. Moim podstawowym zadaniem jest wyprostowanie psychiki zawodników, odbudowanie ich morale. Muszą się dźwignąć po tej klęsce. Nie wiem jeszcze, jaką taktykę przyjmę w meczu z Termaliką. Na pewno natomiast czas dzielący nas od niego poświęcę na zgrywanie poszczególnych formacji. Pocieszające jest tylko to, że nie odwrócili się od nas kibice, dopingując nawet przy stanie 0:5. Musimy im za to podziękować korzystnym wynikiem - zakończył Araszkiewicz.
autor: Daniel Weimer, Dziennik Polski |
|
 |